środa, 15 lutego 2012

My'o'my

Naprawdę pisałam w poniedziałek, tylko końcówka pochodzi ze środy ;)
Kolejny poniedziałek trwa, a z nim nadzieja, że wiosna już niebawem do nas zawita. Dziś mróz już trochę zelżał, śniegu ciut przybyło i świat robi się zdecydowanie bardziej przystosowany do życia. A jeśli dodamy do tego kubek gorącej kawy...
    'Duże cappu poproszę'- siadam w niewielkiej, ale dość tłocznej kawiarni w centrum stolicy. Dwupoziomowy lokal urządzony w domowym stylu z białymi ścianami i menu wypisanym na czarnej tablicy. Mam wrażenie, że wszyscy się tu znają, jakoś tak tu przytulnie i swojsko /ale w dobrym tego słowa znaczeniu/, fajnie! Oferta jedzeniowa pokaźna i z tego, co słychać na mieście, pyszna. Znajdziecie tu bajgle, tortille, sałatki, tosty, domowe ciasta i oczywiście kawę. Oj, kawę to oni umieją tu parzyć! Świetnie spienione mleko o słodkawym posmaku, kremowe espresso, właściwe proporcje i jeszcze latte art w wykonaniu tutejszych baristów. Wszystko to razem sprawia, że kawę chce się tu pić często i gęsto. Biorąc pod uwagę liczbę klientów, nie jest to tylko moje zdanie.
  Jestem zdecydowanie na tak!!! Tylko czasem trudno tu znaleźć wolne miejsce. Z drugiej strony, gdyby lokal był większy mógłby stracić nieco ze swojego klimatu. Z pomocą przybywa facebook /www.facebook.com/pages/myomy/., tam możecie zarezerwować stolik o każdej porze. To może kawa? My'o'my!

środa, 1 lutego 2012

Cofeina

Ech... Znów poniedziałek mi nie wyszedł. Tak to jest, jak człowiek napędzony kofeiną robi 1500 rzeczy naraz =) Wybaczycie? Uwierzcie, że poniższy post powstał prawie w całości w poniedziałek!
Promyk słońca! Nareszcie! Jasne, mroźne, zimowe słońce obudziło mnie z samego rana =) Taką zimę, to ja rozumiem, a nie wieczna, nieprzenikniona szarość, która wlewa w nasze głowy i serca szarą obojętność i nijakość. W taki dzień jak dziś aż chce się wyjść z domu i podążyć przez śniegi za swoim kofeinowym nosem. Gdzie tym razem mnie poprowadził? Do centrum naszego miasta, w okolice Politechniki, a dokładnie- do Cofeiny. Kawiarnia nie jest małym, urokliwym lokalikiem, które kocham najmocniej, ale zwabiła mnie całkiem niezła opinia, oraz fairtradowa kawa Jamao, którą ostatnio tu mielą.
A zatem pełna nadziei na pyszne cappu śmiało wkroczyłam do przestronnego, jasnego, prosto urządzonego wnętrza. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to duża liczba poduszek na szerokich parapetach; drugie, to książki bardzo pomysłowo przymocowane do ścian. Idźmy dalej. Duża lada zastawiona ciastami, rogalami, kanapkami, spory ekspres Faema, dwa młynki, kasa i... sobą tylko zajęte dziewczyny za barem. Staję przed barem, grzecznie czekam... W końcu mogę zamówić: tradycyjnie "Cappucino poproszę". Płacę, siadam przy stoliku.
   Po dłuższej chwili słyszę krzyk:"Cappuccino proszę!" Cóż... Kawa nieduża, średnia w smaku i konsystencji, właściwie niczym się nie wyróżniająca. Taka kawa po prostu, nie pozostawiająca wyjątkowych wspomnień. Cena jak w centrum, jakość nie przekonuje. Wiem, że może nie jestem przeciętnym warszawiakiem, który wchodząc do kawiarni mówi: "Kawę poproszę", ale... 
   Swoją drogą, zauważyliście ten fenomen? Wchodzi człowiek do kawiarni i stając przy ladzie mówi: Poproszę kawę. A przed oczami 20 rodzajów napojów na bazie kawy. I co ma taki barista pomyśleć? Co ma zrobić?! Właśnie takie podejście do boskiego naparu psuje rynek kawiarniany. Dla takiego klienta nie trzeba się starać. On po prostu chce kawę, czyli w sumie rozpuszczalna też mogłaby być. Przerażające!!! Takich to tylko do sieciówek wysłać!!!
   Wracając do Cofeiny: atmosfera rodem ze Starbucksa, kawa bez zachwytu, wnętrze całkiem niezłe, ale ja tam raczej nie wrócę.
Wy zdecydujcie sami!

środa, 25 stycznia 2012

Cafe Roskosz


Poniedziałek minął, wtorek też przeleciał niezauważalnie, nastała środa, a z nią chwila wolnego czasu. Wybaczcie opóźnienie... Ostatnio cierpię na przewlekły niedoczas =)
A może by tak od drugiej strony... miasta =) Tej południowej. Co wy na to? Mówię Ursynów, myślicie: blokowiska, szare płyty chodnikowe, niekończący się asfalt pod nogami i przed oczami. Mówię Ursynów, myślicie: sypialnia, pustka kulturalna, piętrzące się osiedla mieszkaniowe. Mówicie Ursynów, ja myślę: kawiarnie, restauracje, mnóstwo ciekawych spotkań, imprez, kreatywni, odważni młodzi ludzie, którzy nie boją się spełniać marzeń! Taki właśnie Ursynów odkryłam stosunkowo niedawno.
Interesujących zakątków jest tu wiele, a wśród nich jest jedno miejsce, które zwabiło mnie przede wszystkim nazwą: Cafe Roskosz. Jak musi wyglądać kawiarnia, która oferuje ci 'roskosz' (przez 's'), co można tam wypić, co zjeść, co zobaczyć, żeby poczuć się roskosznie... Sprawdźmy!
Wystrój kawiarni nawiązuje w sposób bezpośredni do lat.80. Trójkątne, emaliowane stoliki, śmieszne fotele, meblościanka z literaturą PRL, paprotki podwieszone pod sufitem i telefony tarczowe wiszące na ścianie. Menu Roskoszy jest już bardziej współczesne: kawy, herbaty, zimne napoje, domowe ciasta, zapiekanki (takie, jakie kiedyś kojarzyły się tylko z dworcem kolejowym), zupy i inne pyszności. Ceny bardzo dobre, ursynowskie, po prostu ludzkie.
- Duże cappu na początek- mówię od razu po przekroczeniu progu, a co! Kawa dobra, może bez zachwytów, ale niezła. Może nie za duża, ale smaczna i z dobrze spienionym mlekiem. Obsługa przesympatyczna. Właściciele bardzo otwarci i przyjaźnie nastawieni. Zagadują, proponują, uśmiechają się szeroko zza PRL-owskiej lady. Roskosz ma już swoje tradycje, np. w każdy wtorek zjecie tu domowy blok czekoladowy (oj, pyszny, bardzo pyszny!). Poza tym, kawiarnia stara się aktywnie uczestniczyć w życiu dzielnicy, organizuje szereg imprez, także cyklicznych.
Podsumujmy zatem: lokal z pomysłem, chce się wracać, klimat jest, ludzie bardzo mili, jedzenie świeże, smaczne, wybór dość duży. Kawa? Ok, nie rzuca na kolana, ale jak na warszawskie standardy i polskie podniebienia- naprawdę w porządku.
Sprawdźcie sami!

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Szczotki Pędzle

Jest taki dzień, tylko jeden dzień w tygodniu. Dzień, zwykły dzień, w którym.... do kawiarni naprzód marsz =)
Śnieg ma w sobie coś magicznego, wirujące w powietrzu białe płatki przenoszą mnie zawsze do krainy bajek. Mogłabym siedzieć w oknie, przy kominku, okryta ciepłym kocykiem i bez końca patrzeć na tańczące za szybą gwiazdki... ech... Pierwszy śnieg tej zimy. Taki dzień, jak dziś to wyśmienita okazja do wyjścia z domu, pobuszowania po mieście w poszukiwaniu dobrej kawy w klimatycznej kawiarni. Warszawa ma sporo takich miejsc, więc jest w czym wybierać. Tym razem zawitałam do malutkiego /taki rozmiar knajpek najbardziej sobie cenię/, urokliwego lokalu o śmiesznej nazwie Szczotki Pędzle. Ci z was, którzy znają to miejsce wiedzą, że kiedyś był tu sklep właśnie z takimi artykułami. Po starym biznesie pozostał tylko napis nad wejściem i chyba nic więcej, bo szczerze mówiąc nie doszukałam się we wnętrzu kawiarni odniesień ani do szczotek, ani do pędzli! Choć innych rzeczy jest tu całe mnóstwo. Stoliki, każdy w swoim rodzaju, tak jak i fotele, krzesła, szafki, lampy; wszystkie meble stanowią swoistą mieszankę domowo- kawiarnianą. Nawet łazienka ma coś z tego "swojskiego klimatu"=) Jak już wejdziecie do środka przejdźcie od razu do drugiej sali (w prawo od baru i na wprost), gdzie znajdziecie trochę więcej przestrzeni do szeptanych rozmów, cichej kontemplacji najnowszej powieści lub głębokiej refleksji nad obecną rzeczywistością. Nie zapomnijcie tylko zamówić kawy lub herbaty, lub czekolady, lub ciasta, lub kanapki, tostów oraz innych różności, których, jak na tej wielkości lokal, jest tu wybór spory. Ja trafiłam do Szczotek już po śniadaniu, więc poprzestałam na... Dużym Cappu, oczywiście =)
Pierwsze wrażenie: duże cappuccino jest duże! Naprawdę duża filiżanka, wypełniona po brzegi kawowo- mleczną mieszanką za całkiem rozsądną cenę /jak na centrum warszawy/. Smak? Niezły. Proporcje? Mogą być. Konsystencja? Nie najgorsza. Całość? Niech będzie mocne 4. Nie wiem, czy to po prostu kwestia jakości kawy, ale samo espresso było nieco kwaskowate i nie do końca połączone ze spienionym mlekiem. Wypiłam w całości, ale pewien kawowy niedosyt pozostał niezaspokojony.
Klimat SzczotekPędzli ma w sobie to coś, co przyciąga. Coś, co sprawia, że chce się tam wrócić i jeszcze raz rozsiąść wygodnie w miękkim fotelu, otworzyć opasłą książkę i dać jeszcze jedną szansę bariście na wyczarowanie lepszej kawy. Kto wie, może SzczotkiPędzle potrafią mnie jeszcze zaskoczyć?
Za oknem coraz bielej...

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Kępa Cafe

No i klops... post z poniedziałku się nie zapisał, w związku z tym muszę zacząć go od początku. Niestety będzie już wpisem wtorkowym, ale mam nadzieję, że mi wybaczycie. A brzmiał mniej więcej tak:
Nie lubicie poniedziałków? Ja wręcz przeciwnie. Zaczyna się nowy tydzień, nowy dzień, w którym nie wiadomo co nas może spotkać. Przed nami nowe doświadczenia, nowe odkrycia, nowe przeżycia... Tylko pogoda jakoś nie chce być 'nowa'. Stalowe chmury na niebie, temperatura nijaka, szaro- burość w pełnej okazałości skłania do niczego. Ale ja się nie poddam. Duże cappu doda światu barw, wypełni go jasnymi kolorami, przywoła uśmiech na twarzy i da nadzieję, że słońce i zima jeszcze o nas nie zapomniały. W kawie cała nadzieja.
Dziś będzie nieco sentymentalnie... Jest na Saskiej Kępie mała uliczka, a przy niej mała furtka, przez którą wchodzi się do małej kawiarni o niewinnej nazwie Kępa Cafe. Znacie? Ja znam i nie znam, ponieważ w minionym już roku 2011 kawiarnia zmieniła swoje oblicze w związku ze zmianą szefostwa. Ja pamiętam przytulne, nastrojowe miejsce z kolorowymi fotelami, stolikami "nie do pary", mnóstwem ciekawych książek i różnymi pysznościami na niewielkim barze. Była tu kawa fair trade, mate zaparzana w tykwach, była ekologiczna herbata i stara chłodziarka na regionalne napoje... Teraz jest biało- czarno, nieco chłodno i obco. Wnętrze przypominające salon jednego z wielu warszawskich mieszkań zmieniło się w designerską przestrzeń z dużym barem i menu wypisanym białą kredą na czarnej ścianie. Taką Kępę dopiero poznaję. A poznać ją warto... Kawa naprawdę dobra, mocne 4, nawet 4+, mleko spienione jak należy, proporcje w cappuccino odpowiednio zachowane. Coś do kawy też się tu znajdzie. Ja próbowałam tostów (składniki do wyboru) oraz kanapek (mi przypadła do gustu propozycja z serkiem, pomidorem i bazylią na ciemnym pieczywie). Niby wszystko tak, jak być powinno: miła obsługa, fajna muzyka, duże porcje, ceny rozsądne, a jednak...
    W mojej głowie nadal bardzo wyraźnie tkwi obraz starej Kępy. Wspomnienie 'starego' klimatu tego miejsca nadal jest żywe. Kto wie, może z czasem nowa twarz kawiarni przemówi do mnie pełnym głosem.
Na razie nieśmiało szepcze. Słyszycie?

poniedziałek, 2 stycznia 2012

5.29

Początek roku, początek tygodnia, początek poniedziałku... Czas na duże cappuccino =) Dziś kofeinowy głód zaprowadził mnie do samego centrum miasta, do miejsca tak małego, jak jego nazwa. Aż trudno sobie wyobrazić jakim cudem na niecałych 6 metrach kwadratowych mogła powstać kawiarnia. A właściwie stand-up bar z kawą, herbatą, ciastkami, kanapkami, różnymi napojami oraz przemiłą obsługą za barem. Lokalik nieduży, ale kawa "WIELKA", naprawdę wspaniała! Mleko o konsystencji jogurtu z gęstą pianką, doskonałe proporcje oraz za każdym razem jakiś kawowy rysunek na wierzchu =) Latem są tu stoliki, więc można sobie przysiąść na ulicy i sączyć cappuccino obserwując snujących się po chodnikach ludzi. Zimą, jesteśmy skazani na kawę 'na wynos', a do tego super świeże, robione na miejscu kanapki. Jako, że jestem typem bezmięsnym, moim numerem jeden jest bagietka z kozim serem i grillowanymi warzywami. Bogactwo dodatków jest imponujące, zarówno pod względem różnorodności (papryka, cukinia, bakłażan, pomidor suszony, rukola, kozi ser), jak i ilości (wszystko się niemalże wysypuje z chrupiącego pieczywa). Jeśli tylko jesteście w centrum, śmiało kierujcie się na róg Kruczej i Widok. Na pewno nie pożałujecie, a może dołączycie do wiernych fanów 5.29. Ja połknęłam bakcyla i jestem tam częstym gościem. To co? Duże cappu raz?

Duże Cappu na dobry początek =)

"Duże Cappu poproszę."- za każdym razem, prawie codziennie, gdy tylko przekraczam próg jednej z wielu warszawskich kawiarni. Niektórzy twierdzą, że jestem kawoholikiem, inni, że kawiarnianym nałogowcem inni mają mnie po prostu za kawowego świra. Faktem jest to, że dla dobrej kawy jestem w stanie poświęcić duuużo, a nawet duuużo więcej!
Przygodę z filiżanką lub kubkiem dobrego cappuccino czas zacząć.
Nowy rok nastał, a z nim chęć stworzenia czegoś nowego, może nie całkiem niezbędnego, ale czasem wartościowego, związanego z tematem, który kręci mnie najbardziej: KAWA oraz KAWIARNIA. Mówią, że w necie jest wszystko, więc usilnie od dłuższego czasu poszukuję wirtualnej przestrzeni do wymiany opinii na temat warszawskich kawiarni. Nie chodzi o rzetelną, profesjonalną ocenę merytoryczną, ale o doświadczenia szarego obywatela znad czarnego naparu podawanego w wielu lokalach. A jest ich w naszym mieście coraz więcej! Ku mej ogromnej radości.
Po kilkutygodniowym /o ile nie kilkumiesięcznym/ przeszukiwaniu internetu, postanowiłam samodzielnie /a właściwie prawie samodzielnie =] / wcielić w życie pomysł własny i zbudować bloga. Nazwa przyszła sama i zdaje się być oczywista: ze wszystkich kaw, moim faworytem jest cappuccino. Tak na marginesie, nazwa wzięła się od zakonu kapucynów we Włoszech, których ogolone głowy otoczone wianuszkiem brązowych włosów wyglądają właśnie tak jak filiżanka cappuccino.
Jaki jest plan? Otóż w każdy poniedziałek będę dla was opisywać wrażenia z pobytu w jednej z warszawskich kawiarni. Memu wyczulonemu kawowemu zmysłowi nie umknie żaden szczegół: jakość kawy, sposób jej podania, cena, zjadliwość czegoś do kawy, obsługa, wystrój lokalu, nawet czystość itp. Dlaczego akurat w poniedziałki? Bo nikt ich nie lubi, więc trzeba sobie je jakoś umilić, a poza tym to dobry czas na kawowe nowinki ze stołecznego świata.
Co wy na to?

Ps. Sieciówki omijam szerokim łukiem!!!