Naprawdę pisałam w poniedziałek, tylko końcówka pochodzi ze środy ;)
Kolejny poniedziałek trwa, a z nim nadzieja, że wiosna już niebawem do nas zawita. Dziś mróz już trochę zelżał, śniegu ciut przybyło i świat robi się zdecydowanie bardziej przystosowany do życia. A jeśli dodamy do tego kubek gorącej kawy...
'Duże cappu poproszę'- siadam w niewielkiej, ale dość tłocznej kawiarni w centrum stolicy. Dwupoziomowy lokal urządzony w domowym stylu z białymi ścianami i menu wypisanym na czarnej tablicy. Mam wrażenie, że wszyscy się tu znają, jakoś tak tu przytulnie i swojsko /ale w dobrym tego słowa znaczeniu/, fajnie! Oferta jedzeniowa pokaźna i z tego, co słychać na mieście, pyszna. Znajdziecie tu bajgle, tortille, sałatki, tosty, domowe ciasta i oczywiście kawę. Oj, kawę to oni umieją tu parzyć! Świetnie spienione mleko o słodkawym posmaku, kremowe espresso, właściwe proporcje i jeszcze latte art w wykonaniu tutejszych baristów. Wszystko to razem sprawia, że kawę chce się tu pić często i gęsto. Biorąc pod uwagę liczbę klientów, nie jest to tylko moje zdanie.
Jestem zdecydowanie na tak!!! Tylko czasem trudno tu znaleźć wolne miejsce. Z drugiej strony, gdyby lokal był większy mógłby stracić nieco ze swojego klimatu. Z pomocą przybywa facebook /www.facebook.com/pages/myomy/., tam możecie zarezerwować stolik o każdej porze. To może kawa? My'o'my!
środa, 15 lutego 2012
środa, 1 lutego 2012
Cofeina
Ech... Znów poniedziałek mi nie wyszedł. Tak to jest, jak człowiek napędzony kofeiną robi 1500 rzeczy naraz =) Wybaczycie? Uwierzcie, że poniższy post powstał prawie w całości w poniedziałek!
Promyk słońca! Nareszcie! Jasne, mroźne, zimowe słońce obudziło mnie z samego rana =) Taką zimę, to ja rozumiem, a nie wieczna, nieprzenikniona szarość, która wlewa w nasze głowy i serca szarą obojętność i nijakość. W taki dzień jak dziś aż chce się wyjść z domu i podążyć przez śniegi za swoim kofeinowym nosem. Gdzie tym razem mnie poprowadził? Do centrum naszego miasta, w okolice Politechniki, a dokładnie- do Cofeiny. Kawiarnia nie jest małym, urokliwym lokalikiem, które kocham najmocniej, ale zwabiła mnie całkiem niezła opinia, oraz fairtradowa kawa Jamao, którą ostatnio tu mielą.
A zatem pełna nadziei na pyszne cappu śmiało wkroczyłam do przestronnego, jasnego, prosto urządzonego wnętrza. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to duża liczba poduszek na szerokich parapetach; drugie, to książki bardzo pomysłowo przymocowane do ścian. Idźmy dalej. Duża lada zastawiona ciastami, rogalami, kanapkami, spory ekspres Faema, dwa młynki, kasa i... sobą tylko zajęte dziewczyny za barem. Staję przed barem, grzecznie czekam... W końcu mogę zamówić: tradycyjnie "Cappucino poproszę". Płacę, siadam przy stoliku.
Po dłuższej chwili słyszę krzyk:"Cappuccino proszę!" Cóż... Kawa nieduża, średnia w smaku i konsystencji, właściwie niczym się nie wyróżniająca. Taka kawa po prostu, nie pozostawiająca wyjątkowych wspomnień. Cena jak w centrum, jakość nie przekonuje. Wiem, że może nie jestem przeciętnym warszawiakiem, który wchodząc do kawiarni mówi: "Kawę poproszę", ale...
Swoją drogą, zauważyliście ten fenomen? Wchodzi człowiek do kawiarni i stając przy ladzie mówi: Poproszę kawę. A przed oczami 20 rodzajów napojów na bazie kawy. I co ma taki barista pomyśleć? Co ma zrobić?! Właśnie takie podejście do boskiego naparu psuje rynek kawiarniany. Dla takiego klienta nie trzeba się starać. On po prostu chce kawę, czyli w sumie rozpuszczalna też mogłaby być. Przerażające!!! Takich to tylko do sieciówek wysłać!!!
Wracając do Cofeiny: atmosfera rodem ze Starbucksa, kawa bez zachwytu, wnętrze całkiem niezłe, ale ja tam raczej nie wrócę.
Wy zdecydujcie sami!
Promyk słońca! Nareszcie! Jasne, mroźne, zimowe słońce obudziło mnie z samego rana =) Taką zimę, to ja rozumiem, a nie wieczna, nieprzenikniona szarość, która wlewa w nasze głowy i serca szarą obojętność i nijakość. W taki dzień jak dziś aż chce się wyjść z domu i podążyć przez śniegi za swoim kofeinowym nosem. Gdzie tym razem mnie poprowadził? Do centrum naszego miasta, w okolice Politechniki, a dokładnie- do Cofeiny. Kawiarnia nie jest małym, urokliwym lokalikiem, które kocham najmocniej, ale zwabiła mnie całkiem niezła opinia, oraz fairtradowa kawa Jamao, którą ostatnio tu mielą.
A zatem pełna nadziei na pyszne cappu śmiało wkroczyłam do przestronnego, jasnego, prosto urządzonego wnętrza. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to duża liczba poduszek na szerokich parapetach; drugie, to książki bardzo pomysłowo przymocowane do ścian. Idźmy dalej. Duża lada zastawiona ciastami, rogalami, kanapkami, spory ekspres Faema, dwa młynki, kasa i... sobą tylko zajęte dziewczyny za barem. Staję przed barem, grzecznie czekam... W końcu mogę zamówić: tradycyjnie "Cappucino poproszę". Płacę, siadam przy stoliku.
Po dłuższej chwili słyszę krzyk:"Cappuccino proszę!" Cóż... Kawa nieduża, średnia w smaku i konsystencji, właściwie niczym się nie wyróżniająca. Taka kawa po prostu, nie pozostawiająca wyjątkowych wspomnień. Cena jak w centrum, jakość nie przekonuje. Wiem, że może nie jestem przeciętnym warszawiakiem, który wchodząc do kawiarni mówi: "Kawę poproszę", ale...
Swoją drogą, zauważyliście ten fenomen? Wchodzi człowiek do kawiarni i stając przy ladzie mówi: Poproszę kawę. A przed oczami 20 rodzajów napojów na bazie kawy. I co ma taki barista pomyśleć? Co ma zrobić?! Właśnie takie podejście do boskiego naparu psuje rynek kawiarniany. Dla takiego klienta nie trzeba się starać. On po prostu chce kawę, czyli w sumie rozpuszczalna też mogłaby być. Przerażające!!! Takich to tylko do sieciówek wysłać!!!
Wracając do Cofeiny: atmosfera rodem ze Starbucksa, kawa bez zachwytu, wnętrze całkiem niezłe, ale ja tam raczej nie wrócę.
Wy zdecydujcie sami!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)